Afryka. Czarny Ląd. Dla przeciętnego Europejczyka zarówno odległa – ze względów geograficznych – jak i bliska z uwagi na powszechną obecność jej obrazu w dziełach europejskiej kultury. W pustyni i w puszczy, Jądro ciemności czy też biografie znanych misjonarzy kreują w naszych głowach obraz dzikiej krainy, zatrzymanej w czasie, w której to wciąż królują egzotyczne zwierzęta. Krainy zamieszkiwanej przez ciemnoskórych mieszkańców, zarówno tak podobnych, jak i tak różnych od nas, Europejczyków. Jacy są? Czym się zajmują? Jak wygląda przestrzeń, którą zamieszkują?
Z podobnymi rozmyślaniami mierzyliśmy się my, członkowie Projektu Misyjnego działającego przy krakowskiej Wspólnocie Akademickiej Jezuitów DA WAJ, gdy po stosownym okresie przygotowania, pełnego medytacji i dyskusji nad celem naszej misji i miejscem, które powinniśmy wybrać, podjęliśmy ostateczną decyzję. Wybór padł na Chikuni – jezuicką misję znajdującą się w zambijskim buszu, z dala od stolicy i większych miast. Przy wyborze towarzyszyła nam niepewność i obawa przed tym, co zastaniemy na miejscu. Otwarta postawa ojców i konkretne zadania odpowiadające naszym zdolnościom i wykształceniu utwierdziły nas jednak w tym, że to właśnie tam powinniśmy się udać.
PRZYLOT DO ZAMBII I PIERWSZA NOC BEZ PRĄDU
Przylot do Zambii szybko zweryfikował nasze poglądy dotyczące Afryki. Lusaka – stolica Zambii, przypominająca w pewnym stopniu znane nam europejskie miasta, stała się dla nas pierwszym punktem na mapie Afryki – mapie, którą mieliśmy w ciągu kolejnych tygodni stopniowo uzupełniać. Nocleg w znajdującym się pod Lusaką Kasisi był dla nas pierwszą nocą bez dostępu do prądu.
Dzień po przylocie wyruszyliśmy w kolejną podróż, prowadzącą do oddalonego o około 200 kilometrów od stolicy Chikuni. Kilometr wydaje się wartością stałą. W niezbadany sposób kilometr afrykański staje się jednak wartością inną niż ten znany i oszacowany okiem Europejczyka. Podróż ciągnęła się, zajmując ostatecznie cały dzień. Bynajmniej nie było to jednak powodem do smutku – przemieszczając się po kraju, bacznie obserwowaliśmy przewijający się za oknem suchy krajobraz charakterystyczny dla trwającej wówczas pory suchej.
Kluczowym momentem podróży stał się dla mnie postój w słynącej z upraw trzciny cukrowej Mazabuki. Do miasta dotarliśmy w okolicach godziny osiemnastej, gdy dzień chylił się już ku końcowi – warto zauważyć bowiem, że przez uwarunkowania geograficzne dzień kończy się tutaj wcześnie, ostro i niespodziewanie. To właśnie tutaj, na parkingu Shoprite – zambijskiego supermarketu – poczułem się osamotniony. Ulice okalające sklep pękały w szwach, wypełnione sprzedawcami mango i bananów oraz przechodniami. Panował również powszechny zgiełk głosów, krzyków i muzyki. Poczucie osamotnienia miało jednak inne podłoże. Byłem inny, obcy, niczym niepasujący element puzzli wybijałem się w tłumie składającym się z tubylców.
MUKANZUBO KALINDA INSTITUTE W CHIKUNI
Uczucie to towarzyszyło mi do czasu przybycia do Chikuni. Już w pierwszych dniach pobytu zostaliśmy gorąco przywitani przez mieszkańców, przedstawicieli ludu Tonga. Jednym z głównych zadań naszej wyprawy była pomoc w Mukanzubo Kalinda Institute – muzeum kulturowym, skupiającym się na kultywowaniu i promocji lokalnej kultury. Zostało ono założone przez ojca Franka Wafera, irlandzkiego jezuitę.
Ojciec Wafer został powołany do zambijskiej misji w latach 60. XX wieku. Sprowadził on wówczas do Chikuni motocykl oraz magnetofon Nagra, które stały się codziennymi narzędziami jego pracy misyjnej. W ciągu kolejnych lat odwiedzał najbardziej oddalone od cywilizacji rejony Zambii, nagrywając i archiwizując ślady tradycyjnej kultury afrykańskiej. Poznanie i zrozumienie kultury ludów Zambii pozwoliło mu na głębsze zrozumienie kontekstu, w którym są one osadzone. Dzięki temu udało mu się utworzyć pierwszy na świecie słownik języka chitonga, a także przetłumaczyć na niego Pismo Święte. Ziarno zasiane przez pionierów takich jak ojciec Wafer wydało obfity owoc, pozwalając lokalnym plemionom na głębsze poznanie Ewangelii.
Dzisiaj, ze względu na starania ojca Wafera oraz ojca Leśniary, który przejął obowiązek sprawowania pieczy nad placówką, Mukanzubo przypomina prawdziwe muzeum etnograficzne. Wnętrze, choć wyglądające jak zatrzymane w czasie i przestrzeni, skupia w sobie olbrzymią ilość obiektów muzealnych, w głównej mierze instrumentów oraz strojów ludowych. Zewnętrzna przestrzeń instytutu pełni rolę niewielkiego skansenu, w którym znajdują się lepianki i budowle kryte strzechą, przypominające te, w których niegdyś mieszkała rdzenna ludność.
Na co dzień w Mukanzubo panuje spokój. Zmienia się to jednak w każdą sobotę, kiedy przestrzeń ta rozbrzmiewa śpiewem i muzyką. Staje się ona miejscem wymiany międzypokoleniowej, w trakcie której starszyzna Chikuni naucza okoliczne dzieci kultury, kultywowanej niegdyś we wszystkich wioskach. W trakcie cotygodniowych spotkań do Mukanzubo przybywa nawet do 100 dzieci. Dzięki tytanicznej pracy mieszkańców oraz szczodrości darczyńców każde dziecko zostaje nakarmione, co jakiś czas otrzymują one również ubrania oraz przedmioty codziennego użytku. Mukanzubo jest więc nie tylko przestrzenią promującą kulturę, ale również dziełem wspierającym ubogą, prowincjonalną ludność, której część wciąż żyje we wspomnianych już glinianych lepiankach.
Bieda stanowi tutaj fakt. W mojej pamięci wciąż wyraźny pozostaje obraz długiego rzędu dzieci czekających cierpliwie, aż rozłożymy na stołach wszystkie ubrania, które udało nam się dla nich przywieźć. Dzięki zbiórce przeprowadzonej wśród ludzi dobrej woli przez Stowarzyszenie Cor Missio, udało nam się przywieźć do Chikuni około 100 kilogramów ubrań. Mimo to z uwagi na olbrzymie zapotrzebowanie (większość dzieci ma bowiem tylko jeden zestaw ubrań), byliśmy zmuszeni do przydzielania ubrań, które pasowały do rozmiaru danego dziecka. Nie było to jednak przedmiotem sporów bądź walki – każde z nich przyjmowało rzeczy z wdzięcznością w oczach.
COROCZNY FESTIWAL KULTURY I GRUPA Z CHEELO
Praca dla Mukanzubo Kalinda pozwoliła nam na stanięcie w samym centrum wydarzeń związanych z kulturą Tonga. Z uwagi na przygotowania do corocznego festiwalu kulturowego organizowanego przez Mukanzubo, otworzyła się przed nami możliwość udziału w wyjazdach castingowych mających na celu wyłonienie lokalnych grup gotowych do stanięcia na scenie. Dostęp do samochodu terenowego zapewnił nam możliwość dotarcia do najodleglejszych grup, nawet tych organizujących się w głębokim buszu. Jedną z nich była grupa z Cheelo – niewielkiej wioski, której punktem głównym była znajdująca się na wzniesieniu szkoła podstawowa.
Dotarcie do Cheelo, podobnie jak do pozostałych wiosek w buszu, stanowi prawdziwe wyzwanie. Droga prowadząca do znajdującej się około 50 kilometrów od Chikuni wioski jest kręta i wyboista, a w trakcie pory deszczowej – nieprzejezdna. Wówczas to, gdy gliniane ścieżki spływają wodą, odkrywają ukryte pod ścieżkami ostre głazy, stanowiące śmiertelne zagrożenie dla przejeżdżających. Problem ten jest jednak drugoplanowy, bowiem jedynie niewielka część mieszkańców buszu może pozwolić sobie na kupienie samochodu, najczęściej polegają więc na własnych nogach, licząc na serdeczność mijających ich kierowców. Ta zaś jest ogromna – odkryty bagażnik każdego przejeżdżającego samochodu staje się sposobem na przetransportowanie zarówno znajomych, jak i nieznajomych, młodych i starych. W trakcie jednej z naszych podróży, na bagażniku należącej do ojca Leśniary wysłużonej Toyoty jechało równocześnie 11 osób.
Podczas naszej podróży do Cheelo fakt trwania pory suchej stanowił więc znaczne ułatwienie. Po przybyciu na miejsce zostaliśmy śpiewnie przywitani przez lokalną grupę kulturową, pragnącą z całych sił pokazać swoje zdolności, aby zostać zakwalifikowanymi do udziału w festiwalu. W trakcie kolejnych godzin, przypominających coś na pograniczu próby oraz castingu przedstawiali oni kolejne utwory grane na coraz to zmyślniejszych instrumentach. Podobnie jak w europejskiej kulturze ludowej, również wśród ludu Tonga muzyka stanowiła niegdyś nieodłączny element codziennego życia. W związku z tym rytm niektórych pieśni wybijany jest przez korzystanie z przedmiotów codziennego użytku, takich jak moździerz. Podczas przedstawienia byliśmy obserwowani przez wciąż zwiększającą się grupę dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej, na równi zainteresowanych zapewne dobiegającą do nich muzyką, jak i obecnością białego człowieka.
Pomimo wyróżniania się z tłumu staraliśmy się cicho towarzyszyć Mable oraz Mono, jurorom festiwalu. Warto wspomnieć bowiem, że wydarzenie jest dziełem niemal całkowicie prowadzonym przez lokalną ludność, w której misjonarze przyjmują jedynie rolę wspierającą. Arbitrzy są osobami głęboko zaangażowanymi w kulturalne życie Tonga. Mable, jedna z kluczowych osób w Mukanzubo, prowadząca warsztaty i zajmująca się instytutem, bacznie obserwowała pretendentów, natomiast Mono, jeden z reporterów Chikuni Radio, nagrywał spotkania i udzielał grupom niezbędnych porad.
CHARLES LWANGA COLLEGE I STACJE MISYJNE W BUSZU
Inną przestrzenią, która pozwoliła nam na spotkanie z lokalną ludnością, był Charles Lwanga College – znajdująca się pośrodku buszu szkoła kształcąca przyszłych zambijskich nauczycieli. Pomimo swojej lokalizacji przyciąga ona rzesze głodnych wiedzy studentów. Instytucja przyjmuje niejako rolę miasta samego w sobie – znajdują się tutaj kościół, szkolne sale, boisko, biblioteka, stołówka czy akademiki. Wciąż żywe są dla mnie obrazy trzody pasącej się na boisku czy świń leniwie przechadzających się po kampusie – obrazów, które wydają się nierealne z perspektywy przeciętnego Europejczyka. Mimo to College stoi dumnie, będąc dowodem na głód wiedzy młodych Afrykańczyków.
W trakcie naszego pobytu mieliśmy możliwość uczestniczenia w działaniach prowadzonych na terenie kampusu za sprawą o. Gerarda Karasa SJ, pełniącego rolę duszpasterza akademickiego. Współpraca pozwoliła nam na chwilowe uczestniczenie w życiu instytucji poprzez udział w festiwalu artystycznym. Mieliśmy również możliwość poprowadzenia warsztatów, w trakcie których przedstawiliśmy uczniom ufundowane dzięki zbiórce pomoce dydaktyczne.
Istotną częścią naszego codziennego życia w Chikuni było również towarzyszenie o. Leśniarze w niedzielnych wyjazdach do stacji misyjnych. Stacje te sięgają daleko w głąb buszu – niektóre znajdują się nawet ponad 50 kilometrów od Chikuni. W związku z tym, każdy wyjazd stanowi poważną wyprawę, trwającą znaczną część dnia. Co tydzień Msza odbywa się w innej stacji. Nie oznacza to jednak, że ich mieszkańcy biorą w niej udział jedynie po przyjeździe misjonarza. Wielu z nich, po dowiedzeniu się, w którym punkcie w daną niedzielę będzie odbywała się Msza, przemierza wyznaczoną drogę, aby wziąć w niej udział. Dodatkowo, w niektórych stacjach działają katechiści zwołujący mieszkańców na wspólną modlitwę i czytanie Pisma Świętego.
POCZUCIE BLISKOŚCI I WDZIĘCZNOŚCI
Uczestniczenie w życiu Chikuni dobiegło jednak końca. Po wspólnej Mszy świętej i ostatecznym pożegnaniu się z mieszkańcami wioski ruszyliśmy w drogę powrotną, prowadzącą najpierw do Lusaki, a następnie z powrotem do Polski. Wtedy to, gdy zatrzymaliśmy się na krótki postój, ponownie znalazłem się na znajomym parkingu w Mazabuce. Rozejrzałem się i na nowo ujrzałem przechodniów i sprzedawców zajmujących się sprawami dnia codziennego. I choć wszystko wydawało się działać dokładnie tak samo – nie czułem już lęku ani poczucia osamotnienia. Pomimo różnic, czułem bliskość afrykańskiego Kościoła i wdzięczność za różnorodność, której mogłem być świadkiem.
W imieniu całej naszej grupy chciałbym z całego serca podziękować wszystkim ludziom dobrej woli, którzy pomogli nam w przeprowadzeniu projektu, wspierając go zarówno modlitewnie, jak i materialnie, a także wszystkim osobom zaangażowanym w zbiórki na rzecz ludności Chikuni. Pomoc ta, skierowana bezpośrednio do mieszkańców Chikuni, była pięknym świadectwem katolickiego braterstwa i prawdziwej szczodrości. Serdeczne Bóg zapłać!







