Polscy jezuici pracują w Zambii od 1912 r.
Przybyli do krainy dzikich słoni, lwów i jadowitych węży, krainy, która szeroko rozciąga swoje przestrzenie dla zgłodniałych antylop, zebr i gazeli, pachnie niepowtarzalną zielenią uroczej sawanny. Kraj ten leży na północny wschód od utkanej wodospadami i pełnej złowrogich krokodyli i leniwych hipopotamów afrykańskiej rzeki Zambezi w jej najgłębszym zakolu. Nasi zakonnicy dotarli tu w związku z niecodziennym wydarzeniem. Wypędzono ich bowiem z Mozambiku, położonego nad Oceanem Indyjskim na południowy wschód od Zambii. Był to skutek zamieszek portugalskiej rewolucji.
Galicyjscy jezuici znaleźli wówczas w Zambii teren do dalszej działalności misyjnej, do dalszej pracy na chwałę Pana. Dołączyli do nich jeszcze inni jezuiccy misjonarze z Polski. Z ogromnym zapasem nowych sił i zapału podjęli trudne zadanie ewangelizowania ludności zamieszkującej Zambię, zwaną wcześniej Rodezją Północną. Była to ludność w dużej mierze pogańska. Przygotowywali więc pierwszych kandydatów do chrztu świętego, zakładali parafie, w większych osadach organizowali szkoły dla dzieci, kształcili przyszłych nauczycieli i katechistów. Potrzebującym służyli radą w różnych dziedzinach życia.
Wśród wielkich misjonarzy pracujących w Zam- bii trzeba koniecznie wspomnieć przynajmniej jednego polskiego jezuitę, przemierzającego niebezpieczne ścieżki łączące osady i wioski afrykańskiego buszu, w celu głoszenia tubylcom Ewangelii. Był nim ks. Adam Kozłowiecki SJ. Głosił on wraz z pozostałymi misjonarzami Dobrą Nowinę o miłości Boga do człowieka. Mówił tym prostym ludziom, że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami w Chrystusie, że wszyscy jesteśmy równi wobec Boga, że wszyscy mieszkańcy Ziemi mają tę samą godność i te same prawa do dóbr materialnych, które Dobry Bóg stworzył dla wszystkich bez wyjątku. Zadanie misjonarza nie jest łatwe, bo nie może on ograniczać się tylko do mówienia. Oprócz głoszenia Ewangelii, zakładania stacji misyjnych, odprawiania Mszy św., sprawowania sakramentów i wcześniejszego do nich przygotowania wiernych, musi on także działać na rzecz potrzebujących, służyć im radą w różnych dziedzinach życia, chorym, cierpiącym i sierotom pośpieszyć z miłosierną pomocą. Gdy jest sam, bez jakiejkolwiek pomocy przygotowanego personelu (a tak bywało w początkowych latach misjonarskiej posługi pierwszych polskich jezuitów pracujących w Zambii) misjonarz musi być dla swoich podopiecznych lekarzem czy pielęgniarzem, który opatrzy rany i da lekarstwo otrzymane wcześniej od dobrych Rodaków. Dla powierzonych sobie czarnych piskląt misjonarz był wtedy ojcem i przyjacielem, wychowawcą i nauczycielem, instruktorem, który uczył ich jak efektywniej uprawiać ziemię, hodować zwierzęta domowe, budować bardziej funkcjonalne domy. Często był on „ostatnią deską ratunku” dla tonących w otchłaniach nędzy i beznadziejnych problemów nie do pokonania bez życzliwej pomocy. Był opiekunem dla sierot, doradcą i powiernikiem strapionych – jednym słowem kimś, na kogo można liczyć w każdej potrzebie. Z czasem zostały zorganizowane w Zambii punkty opieki medycznej dla ludności misyjnej, których prowadzeniem zajęły się przybywające w Polski siostry służebniczki.
Temu skromnemu misjonarzowi, który niestrudzenie, dla Królestwa Bożego, wędrował po zambijskich ścieżkach, zmierzając na spotkanie z tubylcami, aby im głosić nieśmiertelne prawdy o Bogu i Jego Królestwie, ks. Adamowi Kozłowieckiemu, Ojciec Święty Jan XXIII powierzył kierowanie tworzącego się Kościoła lokalnego, mianując go początkowo administratorem apostolskim, następnie biskupem, wikariuszem apostolskim. Później, gdy Lusaka w 1959 roku stała się metropolią, został arcybiskupem metropolitą. W roku 1998 papież Jan Paweł II wyniósł abp. Adama Kozłowieckiego SJ do godności kardynalskiej.