Pierwszy „kontakt” z kard. Adamem Kozłowieckim miałem, jeśli sobie dobrze przypominam, po moim wstąpieniu do zakonu, jesienią 1976 roku, w pokoju br. Franciszka Übermana SJ, który po 47 latach pracy misyjnej w Zambii w 1975 roku wrócił do Polski. Na stoliku brat Franciszek miał zdjęcie Adama Kozłowieckiego w stroju biskupa. Zawsze też z wielkim szacunkiem wyrażał się o życiu i pracy misyjnej Adama Kozłowieckiego. Nazywał go Księciem Kościoła. Wspominał chwile, kiedy razem pracowali. Brat Überman zachęcał nas, nowicjuszy, by pojechać do Zambii i tam spędzić nasze życie oddane Bogu.
SPOTKANIA W MULUNGUSHI
Po raz pierwszy widziałem abp. Adama Kozłowieckiego na Mszy świętej w Lusace. Miało to miejsce chyba w drugiej połowie 1990 roku, po moim przybyciu na misje do Zambii. W Lusace spędziłem rok, po czym wyjechałem na kurs języka cibemba na północ Zambii, do Ilondoli. Arcybiskup miał wtedy kazanie, a Irlandczyk o. Charles Searson SJ powiedział mi, że mówił dobrym, prostym angielskim. Moja znajomość z Kardynałem zaczęła się po roku 1991, gdy pracowałem w Kabwe. Byłem wówczas proboszczem w jednej z parafii, a Arcybiskup mieszkał w odległości 20 km przy St. Paul's – szkole średniej z internatem dla chłopców prowadzonej przez braci marystów w Mulungushi. Wiele razy go tam odwiedzałem, nieraz nawet spędzałem noc w jego domku. Przyjmował mnie bardzo serdecznie. Wiedział, że przyjeżdżam, by odpocząć po sobotnich i niedzielnych obowiązkach w parafii. Ja z kolei zawsze miałem nadzieję, że w jego towarzystwie czegoś się nauczę i będę jak on owocnie pracował na misjach w Zambii.
Śniadania i kolacje robiliśmy sobie sami. Siostry służebniczki z pobliskiego domu zakonnego przynosiły nam obiady. Siostry wiedziały, że Ksiądz Arcybiskup nie lubi czosnku ani cebuli, więc jedzenie miało szczególny smak. Pierogi ruskie były dość mdłe. Mówił mi, że już od dziecka nie je cebuli i czosnku. To, co zostawało z obiadu i kolacji, było przeznaczone dla miejscowego psa. Kardynał śmiał się, że pies zrobił sobie u niego „snack bar”.
Co niedzielę Ksiądz Arcybiskup odprawiał Mszę świętą dla szkoły, a potem jechał do pobliskich stacji misyjnych. Miał kierowcę i auto od braci uczących w szkole. Był to nie najlepszy samochód. Jak opowiadał, benzyna nie była nalewana do baku, ale znajdowała się w butelce połączonej z bakiem plastikowym przewodem. W sobotę po południu Ksiądz Arcybiskup był gotów na spowiedź, choć czasami nie było na nią chętnych… Zawsze jednak tego pilnował.
Każdy dzień spędzony z nim wnosił coś do mojej pracy. Opowiadał często o swoim pobycie w Chingombe, gdzie były ciężkie warunki, a praca misyjna bardzo trudna. Urządzał tam wyprawy od wioski do wioski trwające nieraz cały tydzień. Tragarze nieśli jego bagaż, a drogę pokonywał pieszo. Spał często w prymitywnych warunkach. Mówił, że podczas tych wędrówek jadł wszystko oprócz ryb, które mogły być nieświeże i odbić się na zdrowiu.
W PARAFII MPUNDE
Po paru latach w St. Paul's ze szkoły braci marystów Arcybiskup przeniósł się do parafii w Mpunde. Było to 40 km od Kabwe. Zamieszkał tam z polskim misjonarzem ks. Janem Krzysztoniem. Na pewno było to dobre, bo od tego czasu nie był na placówce jedynym kapłanem. Nie przestałem go odwiedzać. Nieraz jechałem do niego na jedną noc, by nazajutrz z nowymi siłami wrócić do pracy parafialnej w Bwacha.
W Mpunde Arcybiskup był zawsze bardzo zajęty odpisywaniem na wiele listów, które otrzymywał. Pomagał mu w tym chłopiec, który przylepiał na koperty znaczki. Raz Arcybiskup poskarżył mi się, że chłopiec, by ułatwić sobie pracę, włożył cały arkusz znaczków do miednicy z wodą… W Mpunde nie było prądu. Ksiądz Arcybiskup miał generator na benzynę i w trakcie jego pracy robił kopie listów. Do obiadu zasiadaliśmy razem z ks. Janem. Ksiądz Arcybiskup dodawał do zupy kromkę chleba, rozdrabniając ją na kawałki. Mówił, że tak robił w obozie koncentracyjnym. Kiedyś powiedział mi, że w jego wieku nie musi już jeść kolacji, że wystarczy mu butelka piwa.
W tym czasie arcybiskupem Lusaki był Adrian Mung’andu. Kiedy raz przyjechałem z nim, by odwiedzić abpa Kozłowieckiego, byłem świadkiem niezwykłej sceny: po wejściu abpa Mung’andu Adam Kozłowiecki ukląkł i ucałował jego pierścień. Podobnie jak w St. Paul's także w Mpunde abp Kozłowiecki pilnował konfesjonału, był tam każdej soboty po południu. W niedziele odprawiał Mszę świętą albo w Mpunde, albo w stacjach misyjnych.
Raz, kiedy wracałem do mojej parafii, odprowadził mnie do bramy i zażartował: „Odprowadzam księdza, by już ksiądz więcej nie wrócił”. Ale wracałem… Arcybiskup chwalił mnie też, że piszę do czasopisma „Echa z Afryki”, bo dzięki temu ludzie interesują się misjami.
NOMINACJA KARDYNALSKA
W Mpunde z udziałem wielu gości odbywały się różne celebracje związane z Księdzem Arcybiskupem, na przykład urodziny czy 20. rocznica rezygnacji z pełnienia obowiązków arcybiskupa Lusaki (co miało miejsce w 1969 roku). Na te uroczystości przyjeżdżały zwykle siostry Świętej Rodziny z Kabwe.
W 1998 roku w Kabwe odebrałem telefon z Polski z nowiną o mianowaniu przez papieża Arcybiskupa Kozłowieckiego na godność kardynała. Zostałem przynaglony, by wiadomość tę zawieźć do Mpunde. Kiedy tam przyjechałem, miałem wrażenie, że Arcybiskup już o tym wiedział. Po pewnym czasie wyraził się, że wie, co robić jako ksiądz, jako biskup, ale nie wie, co robić jako kardynał. Dla Zambii była to pierwsza nominacja zambijskiego kardynała w stuletniej historii Kościoła katolickiego na tym terenie. Strój biskupa, który Adam Kozłowiecki nazywał piórkami, zmienił się na szkarłatny. Po nominacji Kardynał nominat pojechał do Rzymu, by otrzymać tę godność z rąk papieża Jana Pawła II.
Życie Adama Kozłowieckiego powoli zbliżało się do końca. Urodził się w 1911 roku 1 kwietnia, jak żartobliwie podkreślał: „na prima aprilis”. Zmarł w roku 2007, w wieku 96 lat. Słyszałem, że pragnął, by po śmierci jego ciało zostało owinięte w afrykańską matę i pochowane w Chingombe, w odległym afrykańskim buszu. Stało się jednak inaczej. Miał piękną trumnę i pochowany został w Lusace przy katedrze Dzieciątka Jezus na pobliskim cmentarzu przeznaczonym dla pasterzy archidiecezji Lusaki. Żegnany był z wieloma honorami. Z powodu choroby na pogrzebie nie był obecny prezydent Zambii, ale był jego zastępca i wielu ministrów. Przybyła też delegacja z Polski.
Obecnie, za co składamy dzięki Panu Bogu, toczy się proces beatyfikacyjny Kardynała Kozłowieckiego. Ksiądz Kardynał zasłużył sobie na to przez oddanie się całym sercem Chrystusowi, służąc Mu wiele lat jako pasterz zambijskiej archidiecezji Lusaka. Przykład jego życia promieniuje i dodaje otuchy, by oddać się Bogu dla Jego chwały i Jego królestwa na tej ziemi.






