UKRYTE PRAGNIENIE
Postać bł. Jana Beyzyma, „Apostoła Trędowatych” na Madagaskarze, zawsze była dla mnie wyjątkowa i w sercu nosiłem pragnienie uczczenia w jakiś sposób tego wspaniałego człowieka, naszego wielkiego Rodaka. Pojawiała się także myśl, by było to coś wyjątkowego, co przyciągnie innych, zachęci do modlitwy, a może nawet do naśladowania Ojca Jana. W cichości serca zrodziła się chęć wybudowania świątyni, która byłaby nazwana jego imieniem. Ale gdzie i kto miałby ją wybudować? Moje pragnienia zaczęły nabierać bardziej wyrazistych kształtów, gdy zamiar budowy Sanktuarium bł. Jana Beyzyma pojawił się w malgaskiej przestrzeni, szczególnie wśród moich malgaskich współbraci – jezuitów. Pewnego dnia z ust ówczesnego przełożonego malgaskiej prowincji jezuitów padła propozycja budowy takiej świątyni. W tym wszystkim najbardziej zaskakujące było to, że to ja miałem być tym, który podejmie się tego dzieła. I tak się stało. Zostałem desygnowany na budowniczego Sanktuarium bł. Jana Beyzyma.
Moja odpowiedź była prosta i oczywista. Nikogo pewnie nie zaskoczy moja radość z tego, że Malgasze chcą w ten sposób uhonorować i upamiętnić naszego wielkiego Rodaka. Zgodziłem się podjąć to wyzwanie, ale mój entuzjazm natychmiast przygasł, kiedy uświadomiłem sobie, ile czeka mnie problemów i trudu. Przede wszystkim nie miałem wtedy nawet przysłowiowego grosza, by myśleć o tak wielkim i kosztownym, jak na malgaskie warunki, przedsięwzięciu. Długo „rozmawiałem” z bł. Ojcem Janem, prosiłem też Matkę Bożą Częstochowską o radę i pomoc. Pomyślałem, że jeśli ponad sto lat temu Ojcu Beyzymowi udało się tutaj zbudować szpital, to i mnie się uda. Oczywiście z Bożą i Matki Najświętszej pomocą.
NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK
Podjąłem się wybudowania sanktuarium, więc słowa muszę dotrzymać. Nie było łatwo, ale starałem się ten pomysł urzeczywistnić. Zaczęliśmy od wyznaczenia miejsca pod budowę i przygotowania terenu. Wycięliśmy kawałek lasu na wzgórzu, gdzie stoi domek, w którym przed laty mieszkał o. Jan Beyzym. Dzięki temu odsłoniliśmy teren, a także uzyskaliśmy sporo drewna, które w przyszłości posłuży do zrobienia ławek, konfesjonałów i innych kościelnych sprzętów.
Przez wiele miesięcy skuwaliśmy też granitowe skały, których nie brakuje w pobliżu, bo materiał skalny jest nam bardzo potrzebny do budowy. Następnie te wielkie granitowe bloki rozłupywaliśmy na mniejsze kawałki, a każdy z nich został odpowiednio ociosany. Te granitowe kostki bardzo nam się przydadzą nie tylko do wykonania fundamentu, ale także do zrobienia wielu innych istotnych elementów. Mamy ich tyle, że na wszystko wystarczy. Może nawet wyłożymy nimi drogę dojazdową.
Po wykonaniu tych prac zabraliśmy się za niwelację terenu. Na szczęście nie jest to zbocze skaliste, jednak wyrównanie terenu i tak wymagało wiele trudu. Trwało to kilka miesięcy, ale udało się. Nie mieliśmy koparek, spycharek czy innych specjalistycznych maszyn. Ręcznie przerzuciliśmy ponad 30 tysięcy metrów sześciennych ziemi i plac pod budowę jest już dzisiaj gotowy. Oprócz ludzi z okolicznych miejscowości, zatrudnionych do tej pracy, w porządkowaniu terenu pomagali także pacjenci naszego szpitala. Oczywiście ci, u których choroba nie poczyniła jeszcze zbyt wielkich postępów i mieli siłę, by takie prace wykonywać. Zgłaszali się sami, mówiąc: „Ojciec Beyzym zasłużył nie tylko na takie sanktuarium, ale na wieczną pamięć i wdzięczność. Kochał nas, a my kochamy jego, więc pomożemy, żeby ten kościół jak najszybciej wybudować”.
Prace przygotowawcze trwały długo, ale udało się zrobić wszystko tak, jak planowaliśmy. Ten najtrudniejszy, pierwszy krok mamy więc już za sobą.
„OPERA LEŚNA” W MARANIE
Już teraz Maranę odwiedza wielu gości z Madagaskaru i zagranicy. Przybywają tu pielgrzymki z różnych stron. Czasami są to grupy liczące nawet 2 tysiące osób. Zdałem więc sobie sprawę, że nasze sanktuarium nie będzie w stanie pomieścić naraz takich tłumów. Stwierdziłem, że – tuż obok kościoła, na wolnym powietrzu – trzeba wybudować ołtarz polowy i coś w rodzaju amfiteatru. Ten pomysł już wcieliliśmy w życie. Z granitowych bloków, pozyskanych w trakcie skuwania skał, zbudowaliśmy okazały amfiteatr, który pomieści trzy i pół tysiąca osób chcących uczestniczyć w Eucharystii. Ten amfiteatr bardzo się wszystkim podoba. Polacy, którzy to dzieło już widzieli, żartują, że mamy w Maranie „Operę Leśną” podobną do tej, która jest w Polsce, w Sopocie. I zgadzam się z tą nazwą, bo przecież nasza „Opera” usytuowana jest w środku eukaliptusowego lasu!
NAJWAŻNIEJSZY DZIEŃ
Długo czekaliśmy na ten dzień. A był to czas wyjątkowy, bo nie tylko zakończyliśmy jeden z najważniejszych etapów przygotowań do budowy sanktuarium, ale też utwierdziliśmy się w przekonaniu, że – mimo licznych trudności, jakie przychodzi nam pokonywać – damy radę.
10 października 2025 roku mieliśmy w Maranie podniosłą uroczystość. Poświęciliśmy plac, a także położyliśmy kamień węgielny pod budowę naszego sanktuarium. Ten kamień ma dla nas wyjątkowe znaczenie, bo został przywieziony z Ziemi Świętej, z Góry Błogosławieństw. Może przed dwoma tysiącami lat stanęła na nim stopa Jezusa? Wierzymy, że również to wzgórze w Maranie, na którym stanie sanktuarium, dla wszystkich pielgrzymujących do tego miejsca będzie malgaską Górą Błogosławieństw. Przygotowując się do tej uroczystości, odprawiliśmy nowennę do bł. Jana Beyzyma. Modliliśmy się gorąco o to, by spełniło się nasze wielkie marzenie i aby to sanktuarium jak najszybciej powstało.
W uroczystości 10 października uczestniczyło bardzo wiele osób. Obecni byliśmy nie tylko my, mieszkańcy Marany, ale również wielu zacnych gości z całej naszej diecezji, ze stolicy kraju, a także z Polski. Uroczystości rozpoczęliśmy Mszą świętą na placu budowy, przy polowym ołtarzu. Przewodniczył jej Polak – abp Tomasz Grysa, który aktualnie jest nuncjuszem apostolskim na Madagaskarze. On również wygłosił homilię, w której podkreślił, że budowa tego sanktuarium ma bardzo duże znaczenie dla kultu bł. Jana Beyzyma. Modliliśmy się więc wszyscy, aby to wielkie przedsięwzięcie udało się zrealizować.
W uroczystościach uczestniczył abp Fulgence Rabemahafaly z diecezji Fianarantsoa oraz emerytowany biskup Vincent Rakotozafy pochodzący z naszej diecezji. Licznie przybyli również księża diecezjalni, także moi współbracia – jezuici z trzech wspólnot pracujących w Fianarantsoa. Byli zaproszeni goście z różnych instytucji i stowarzyszeń. Były siostry zakonne, uczniowie szkoły katolickiej noszącej imię bł. Jana Beyzyma, wierni z okolicy, a także chorzy – nasi podopieczni ze szpitala w Maranie. Jak zawsze przy takiej okazji wśród gości nie zabrakło Polaków. Do Marany przybył salezjanin ks. Tomasz z dwoma pracującymi u niego wolontariuszami. Obecny był też kamilianin z pobliskiego Fianarantsoa. Z Polski specjalnie na tę uroczystość przyjechał ks. Lesław Podsiadło – saletyn, który przed laty pracował jako misjonarz na Madagaskarze. Honorowym gościem był Wojciech Skrzypiec z Paszyna – sołtys mojej rodzinnej wioski. Nie zabrakło też wielkiego przyjaciela Marany i wielkiego czciciela bł. Jana Beyzyma Dominika Włocha, który od kilkunastu lat mieszka w stolicy Madagaskaru Antananarivo. Towarzyszyli mu rodzice, którzy właśnie przyjechali do niego z Gdańska w odwiedziny.
Po Mszy świętej i poświęceniu kamienia węgielnego pod budowę sanktuarium biesiadowaliśmy przy stole zastawionym malgaskimi „rarytasami”. Oczywiście królował ryż, ale nie zabrakło też specjalnie na tę okazję upieczonego tortu. Na pewno nie był tak wykwintny jak nasze polskie ciasta, ale był bardzo słodki i przede wszystkim tak duży, że wystarczyło (po odrobince!) dla wszystkich. Na naszej „uczcie” nie zabrakło czegoś dla ciała, ale było też coś dla ducha. Goście byli pod wrażeniem śpiewów, animacją których zajęli się malgascy jezuici. Nasi chorzy również w tych śpiewach uczestniczyli. Ba, nawet próbowali tańczyć!
Te chwile długo będziemy wspominać i zawsze będziemy dziękować Panu, że dał nam ten wspaniały dzień.
NADZIEJA
W chwili obecnej teren pod budowę i amfiteatr jest już gotowy. Kamień węgielny położony. Teraz czas zrobić fundamenty i rozpocząć budowę sanktuarium. Niestety, nie jest to na razie możliwe. Mamy porę deszczową, czas, kiedy często nawiedzają nas cyklony. Musimy poczekać, aż przyjdzie pora sucha. Być może już w marcu będziemy mogli ruszyć z pracami pełną parą. Żyjemy nadzieją, że tak się stanie.
W tym miejscu chciałbym z całego serca podziękować wszystkim ofiarodawcom, za sprawą których myśl o wybudowaniu sanktuarium poświęconego naszemu wielkiemu Rodakowi – bł. Ojcu Janowi Beyzymowi – nabiera realnych kształtów. Dziękuję za każdy dar serca, nawet ten najdrobniejszy. Dziękuję za modlitwy w tej intencji i słowa wsparcia. Dziękuję moim Rodakom – tym w Ojczyźnie, jak też tym, których los rzucił na dalekie, obce kontynenty. Modlę się codziennie – razem z naszymi chorymi z Marany – za wszystkich, którzy służą nam pomocą i tak jak my pragną, żeby to nasze sanktuarium powstało. Wierzę, że Matka Boża Częstochowska, czuwająca nad Maraną od początku jej istnienia, pomoże nam również przy budowie sanktuarium, w którym wielbić będziemy Pana i dzięki któremu trwać będzie pamięć o bł. Ojcu Janie. On swoim życiem zaświadczył o wielkiej Miłości i Miłosierdziu Boga.
O. Jozef Pawłowski SJ, kapelan szpitala dla chorych na trąd w Maranie







