Jesteś tutaj

Pożegnanie Józefa Chromika SJ. Homilia pogrzebowa

Jarosława Naliwajko SJ
05.11.2015

A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł». Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzieście go położyli?» Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!». Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: «Oto jak go miłował!» Niektórzy z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»

A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: «Usuńcie kamień!» Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie». Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?» Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał». To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!».

Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11, 32-45)

Ojcze Tadeuszu! Droga Rodzino! Ojcze Prowincjale!
Czcigodne Siostry! Moi Drodzy!

Ojcze Tadeuszu, teraz zostałeś już sam. Bo Bóg powołuje do życia. Powołuje do zakonu. Do małżeństwa. Powołuje do samotności. Powołuje do wieczności. Zostałeś sam ze swojego jedenaściorga rodzeństwa. Wszystkich Bóg powołał do siebie. Mówi się, że jak ma się dużo rodzeństwa, braci i sióstr, to szuka się swojego miejsca, takiego tylko dla siebie. Jakby samotności? Ale zawsze jesteśmy sami. A na pewno, gdy mamy odpowiedzieć Bogu. I gdy stajemy przed Nim.

Z różnych powodów przychodzi nam żyć w samotności. Raz z powodu rozdzielenia przez przeklętą wojnę, jak w Waszej rodzinie, gdy wywożono na tragiczny Sybir. „Na stacji w Tarnopolu szybko rozeszła się wieść, że stoi pociąg z wysiedlonymi i jedzie na Syberię. Dowiedział się i brat Józef, za pieniądze kupił trochę chleba, odnalazł nasz wagon, podał przez okienko, podszedł Tatuś, potem ja, potem Dominko, jakieś słowo niedosłyszane, ostatni gest rąk dziecięcych i łzy jak krople deszczu” – czytamy we wspomnieniach śp. siostry Teresy Herminy Chromik, siostry służebniczki.

Innym razem oddzielenie, a potem samotność przychodzi z powodu decyzji różnych ludzi, jak to było w Waszym pokoleniu, w czasie okupacji. Śp. Ojciec Józef uciekał i ukrywał się przed NKWD, gdy Związek Sowiecki zajął wschodnie tereny Rzeczypospolitej w 1939 roku. Potem przed Gestapo, gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka w czerwcu 1941 roku i był poszukiwany za kontakty z Armią Krajową. Potem oddzielenie z powodu aresztu przez UB tu, w Krakowie, na placu Inwalidów, a potem wyrok sądowy: 4 lata więzienia za kontaktowanie się z podziemiem i kolportowanie listu papieża Piusa XII do narodu polskiego.

Albo oddzielenie przychodzi z powodu pracy. Na przykład na misjach. Ojciec Józef wyjechał do Kamerunu, potem na Madagaskar czy za wschodnią granicą na Ukrainę – w sumie zatoczył koło, powracając w rodzinne strony. Wreszcie chociażby tak jak w Kolegium, tutaj, gdzie Ojciec Józef mieszkał w swoim ostatnim etapie życia na parterze, a Ty na pierwszym piętrze, a codziennie rano przed 5.00 odwiedzałeś brata.

Moi Drodzy!

Rodzeństwo: śp. Ojciec Józef, za którego obecnie się modlimy, nieżyjące Siostry Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Karolina, Tekla, Teresa, śp. Franciszek i Dominik – jezuici oraz Kazimierz, Stanisław Bolesław i bliźniak, który odszedł zbyt młodo, oraz ojciec Tadeusz – ich losy mogą być zapisem skomplikowanych dziejów Polaków tułających się po świecie i może Polski w poprzednim wieku.

Ale tułanie wszędzie jest trudne i bolesne. Wszędzie, gdzie przychodzi wojna, terror, a z tym bieda, głód i konieczność przenoszenia się – spakowania całego dobytku w ciągu symbolicznej jednej godziny pod lufami karabinów i bagnetów – oraz naturalna konsekwencja tego wszystkiego – tragiczna śmierć. Wszędzie jest ludzki dramat, bezradność i ból.

Gdy poznajemy czy przyglądamy się losom, tym skomplikowanym ludzkim dziejom rodzinnym albo obserwujemy je tak jak obecnie – to stają się one coraz bardziej niezrozumiałe i bardzo często chcielibyśmy oszczędzić sobie takich doświadczeń albo zamykamy oczy czy uszy na te historie lub też zadajemy pytanie, na które nie ma odpowiedzi: „Gdzie jest dobry Bóg, który zezwala na te tragedie?”.

A Bóg powołuje.

Bo matka na łożu śmierci powiedziała do swoich czworga najmłodszych dzieci: „Wy wszyscy po mojej śmierci pójdziecie do zakonu”. I w ten sposób Pan powołał siedmioro rodzeństwa do służby, bo wcześniej troje już było w zakonach: dwie siostry służebniczki i brat jezuita.

Dobry Bóg powołuje rodzeństwo, ale zawsze przez ludzi, przez wydarzenia, przez jakieś okruchy zdarzeń, które dla postronnego obserwatora mogą być wytłumaczeniem, w którym nie ma Bożego działania. A to, że właśnie silna więź rodzeństwa, że przekaz od matki, że trudna sytuacja życiowa, że niebezpieczne okoliczności – wojna okupacja – przymusiły ze strachu, z danego słowa – zaklęcia magicznego Bogu, że jak uratuje, to to czy tamto. I tak ludzie wyliczają różne możliwości, co tam im do głowy przychodzi.

A tymczasem – jak słyszeliśmy w Ewangelii – Pan zatrzymał się przy grobie przyjaciela i zapłakał.

Bo powołanie to radość oraz właśnie ból, trud, cierpienie. Ale to wszystko tworzy przyjaźń z Panem. Bo powołanie to przyjaźń. Jest najpierw ekscytacja, a potem rutyna. Nawet w Afryce, w Kamerunie, nawet na Madagaskarze, nawet na Ukrainie i w Ekonamacie Prowincji i gdy zostaje się przełożonym – u nas nazywanym superiorem – i w infirmerii jest nowość oraz rutyna codzienność. Czyli praca, a potem choroba, a potem cierpienie, a zawsze właśnie samotność, która coraz bardziej szlifuje, coraz bardziej odsłania zręb świętości, bo coraz bardziej z dnia na dzień przyciąga do Boga.

„Spasiba balszoj! My dumali, czto wy pany faszysty, tak nam gaworili. Spasiba balszoj” – tak odkrzyknęli żołnierze sowieccy w 1939 roku, po czym odłożyli karabiny z bagnetami. Tak krzyczeli do śp. Józefa, jego brata oraz ich ojca, gdy ci na polu siali zboże. Żołnierze przyszli zaaresztować, może rozstrzelać, po prostu zabić, zakłuć bagnetami, a usłyszeli, że gospodarz zaprasza ich: „Wy pozwólcie na kwaśne mleko”. Tata ojca Józefa znał język rosyjski z czasów własnej niewoli w I wojnie światowej. „Spasiba balszoj” – co oznacza „wielkie dzięki”, „ogromnie dziękuję”.

To tyle, co my możemy powiedzieć, wpatrując się w trumnę ze śp. Ojcem Józefem po jego pracowitych 94 latach życia, w tym 71 latach w zakonie, a 63 w powołaniu kapłańskim. „Spasiba balszoj”, a całą resztę dopowiada Dobry Bóg, jak wierzymy, ofiarowując Mu całą wieczność. Amen.