Jesteś tutaj

O. Gerard Karas SJ

Pochodzę z parafii św. Bartłomieja w Gliwicach na Śląsku. Nasz kościół parafialny jest jednym z największych w regionie i jako parafianie jesteśmy z niego bardzo dumni. W zeszłym roku obchodziliśmy jubileusz 100-lecia poświęcenia naszej świątyni.

Po roku 1945 posługę w tej parafii przez wiele lat sprawowali Księża Jezuici. Poznałem ich jeszcze jako ministrant. Nic więc dziwnego, że po ukończeniu szkoły średniej postanowiłem wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, do Jezuitów.

Chciałem być prostym, pobożnym kapłanem, który odprawiałby Msze św., sprawował sakramenty, uczył dzieci religii gdzieś w parafii. Interesowały mnie też misje. Poznałem śp. kard. Adama Kozłowieckiego SJ, kiedy odwiedzał naszą parafię w Gliwicach. Nawet z nim korespondowałem. Pisał ciekawe listy. Ale o wyjeździe na Czarny Ląd wtedy nie myślałem.

Tymczasem w czasie formacji nowicjackiej w Starej Wsi koło Brzozowa, a zwłaszcza podczas 30-dniowych rekolekcji, które każdy nowicjusz odprawia, zrodziło się we mnie pragnienie udziału w trudzie misyjnym w Afryce. Słyszałem o przepracowaniu naszych misjonarzy, o tym, że brakuje sił i ludzi do posługi kapłańskiej na misjach w Zambii. A w Polsce jest tylu kapłanów!

Po ukończeniu nowicjatu, w czasie studiów filozoficznych w Krakowie, zgłosiłem przełożonym chęć wyjazdu do pracy na misjach. Nawet nie wierzyłem, że się to spełni, bo w latach 70. ubiegłego wieku, pod rządami komunistycznymi, prawie nikt z Jezuitów nie wyjechał do posługi misyjnej w Afryce. Ale drogi Boże są niezbadane. Sprawy tak się rozwinęły, że mogłem z moim współbratem wyjechać do Anglii na kurs języka angielskiego, a potem do Zambii. Było to wkrótce po wyborze na Stolicę Piotrową i pierwszej wizycie Papieża Jana Pawła II w Polsce. Staliśmy się Kościołem uniwersalnym, otwartym na cały świat…